religia.pl

13 kwietnia 2014 r.

 

Od wiary do niewiary

 

Pewnie niektórzy z Was pamiętają losy religia.pl

Od ok. 2002 r. prowadziłem Międzynarodowy Serwis Ewangelizacyjny na religia.pl,

ale w 2007 r. pod wpływem odejścia z Kościoła Katolickiego księdza prof. Tomasza Węcławskiego i pod wpływem jego pism – na religia.pl zacząłem mocno krytykować Kościół Katolicki i jego naukę, w tym odrzucając Bóstwo Jezusa. Z portalu katolickiego zrobiłem antykatolicki.

Ze wszystkich sił chciałem znaleźć prawdę czyli jak było i jak jest naprawdę, co jest zgodne z rzeczywistością.

I ta walka trwała do ok. 2011 r. czyli prawie 4 lata. W tym czasie usilnie próbowałem poznać prawdę jak to jest z Jezusem – czytałem i pochłaniałem książki wielu naukowców biblistów przede wszystkim – ateistycznych czy liberalnych, a chrześcijańskich nie dopuszczałem do głosu, jakoś im nie wierzyłem.

Po ok. 4 latach wzmagania się doszedłem do wniosku, że moje poznanie, sam akt poznawania i zrozumienia jest niedoskonały i nie mogę do końca mu ufać.

Co to znaczy?

Krótko mówiąc – że moje myślenie, samo moje myślenie – może być fałszywe lub różnie uwarunkowe, że nie jestem w stanie poznać prawdy.

Popatrzyłem wówczas na moją 2-letnią córkę, która próbowała mnie nabrać. Wydawało się jej, że jej się udało, ale przecież ja jako dojrzalszy pozwoliłem jej, aby nabrała mnie. I wówczas skojarzyłem, że może ja jestem tak ogranioczny jak moja 2-letnia córka – wydaje mi się, że coś poznaję, a tak naprawdę nie, że może mi się tylko wydawać. Ileż to razy coś nam się wydaje, a potem okazuje się, że rzeczywistość jest inna np. to, że u Jasia nie świeci się światło w mieszkaniu nie znaczy, że Jasia nie ma w domu, bo może zgasił światło i przygląda się widokowi z okna.

To było moje pierwsze zrozumienie, że może nie jestem w stanie poznać prawdy, a moje krytyczne spojrzenie na religię może być nieprawdziwe.

Skoro zależało mi na poznaniu prawdy i tylko tego pragnąłem to musiałem przyjąć to do czego doszedłem.

 

I co dalej było z Jezusem?

Skoro nie mogę poznać prawdy o Jezusie to zacząłem zastanawiać się czy mam powody, aby odrzucić czy nawet nie przyjąć kogoś, kto chce mi dać życie wieczne i kto chce, aby moje życie przebiegało w miłości. I muszę przyznać, że nie znalazłem żadnego argumentu, aby odrzucić Jezusa czy też nie przyjąć Jego obietnic.

 

To, co piszę zapewne realizowane było na bazie mojego doświadczenia chrześcijaństwa i wcześniejszego życia. Podejrzewam, że być może wyznawcy innych religii nie doszliby do takiego przekonania. Niemniej życie moje jest takie jakie jest i było takie jaki było, zatem niezależnie nawet od faktycznej prawdy czy chrześcijaństwo jest prawdziwe czy też nie – doszedłem do wniosku, że nie mam podstaw, aby odrzucić Jezusa i Jego Ewangelię, a w nauce Kościoła jeśli chodzi o moralność widziałem szczyt doskonałości.

 

W końcu jako niewierzący postanowiłem, że będę chodził do spowiedzi i Komuni św. I kiedy tak postanowiłem, że następnego dnia pójdę do spowiedzi i Komunii św., a nawet z żoną postanowiliśmy, gdyż i ona podzielała moje postępowanie – mieliśmy w nocy dziwne zdarzenie, które opisałem wówczas na religia.pl:

- żona (33 lata) miała sen i tylko wówczas taki się wydarzył, że była ciągana za włosy po naszym przedpokoju bez jakieś istoty nieziemskie. Wstała bardzo wystraszona. A wówczas i ja jej opowiedziałem, że w nocy – pamiętałem, że ok. godz. 3 – spojrzałem na zegarek, obudziłem się cały sparaliżowany. Myślałem, że umieram. Nie miałem nigdy wcześniej takiego doświadczenia. Mieszkam na 3 piętrze w bloku, przed którym świecą się lampy. I przed moim łóżkiem, dokładnie przede mną w nogach stała osoba, postać wysoka na ok. 1,7 m. Czułem, że żona i córka leżą obok mnie, a  ta postać, że jest żywa – i stoi. To nie jest cień, nie jest jakiś przedmiot, ale w półmroku widzisz kogoś jakby miał narzuconą czarny płaszcz na siebie – że on żyje, że jest ktoś czwarty w pokoju, osoba żyją. Byłem mocno przestraszony. Zacząłem wzywać Jezusa na pomoc w myślach, bo ustami nie mogłem nic wypowiedzieć i nie wiem skąd zacząłem w myślach krzyczeć: Idź precz, Szatanie. Jak tak kilka razy wykrzyczałem w myślach ta Postać zaczęła stopniowo i powoli wychodzić z pokoju, bardzo powoli przesuwała się i wyszła, i wówczas paraliż mi ustąpił.

Powiem tylko tyle – byłem na tyle przestraszony, że przez kolejne 2 lata paliłem lampkę w przedpokoju i musiałem mieć w nocy widno w sypialni i przedpokoju, i ciągle patrzyłem w stronę przedpokoju czy ktoś czasami nie idzie. To trwało 2 lata albo i więcej.

Nie wiem czy to było w rzeczywistości – dla mnie wydawało się, że jest w rzeczywistości, ale może też śnić się, że jest w rzeczywistości. Nie wiem czy pod wpływem snu aż tak mocno wystraszyłbym się i przeraził.

Niemniej jak wcześniej postanowiłem – pomimo niewiary w Jezusa – poszliśmy z żoną do spowiedzi i Komunii św.  To nie było pod wpływem tego doświadczenia, gdyż postanowienie powzięliśmy wcześniej, przed nim. Niemniej ono nas nie powstrzymało.

 

I co się stało po spowiedzi? – nagle wszystko mi ustąpiło, wszystko moje zacietrzewienie.

 

Od tego minęło już ok. 3 lata. Czy wierzę? – nie wiem czy tak można powiedzieć. Po prostu przyjąłem, że zaufam Jezusowie i Kościołowi Katolickiemu pomimo iż mój rozmum rozważa, że Jezus może nie być Bogiem, że chrześcijaństwo może nie być zgodne z rzeczywistością tzn. po śmierci mogę umrzeć i już nie będzie mnie, bez życia wiecznego i zatem bez Boga.

Trudno to dokłanie określić, gdyż ja tego nie odrzucam, ale godzę się z porażką, że może nie być. Niemniej z tego, co mam na świecie – Jezus i chrześcijaństwo ma bardzo wielką wartość, chyba największą i chociażby dlatego chce je przyjąć i żyć wg wskazań Jezusa.

 

Dziś mogę powiedzieć – rozumiem co może czuć ateista, gdyż nim byłem. Staram się jednak być ostrożnym we wszelkich sądach i krytykowaniu np. religii – po prostu staję się bezradny, gdyż tak naprawdę nie jestem w stanie nic poznać poza samymi naukami.

Wydaje mi się, że mój wybór chrześcijaństwa podyktowany jest moim wychowaniem i doświadczeniem z przeszłości.  Nie widzę żadnego powodu, abym miał je odrzucać zwłaszcza przez obietnice życia wiecznego.

Dlatego jeśli ktoś by mnie spytał czy przyjmuję tę nauką czyli Jezusa i Kościoła Katolickiego – powiedziałbym, że przyjmuję.

Ale gdyby zapytał czy one są prawdą czyli istnieją w rzeczywistości – odpowiedziałbym, że nie wiem, bo tak czuję.

 

W codziennym życiu wielu rzeczy nie wie, a przyjmuję np. wiara w kierowców jadących samochodem w przeciwną stronę co ja – że na mnie czołowo nie wiadą, ale na niektóre osoby wieżdżają (słyszymy o wypadkach). Wierzę mediom np. wiadomością i nie sprawdzam wszystkiego,  a przecież wiemy, że możemy być manipulowani chociażby odpowiednim preparowaniem informacji.

Jezus rzeczywiście istniał i żył na Ziemi. Czy był Bogiem? – nie wiem, ale ufam Mu i temu, co przekazali Jego uczniowie oraz ich następcy pomimo wszelkich uwarunkowań, braków, niedoskonałości czy też słabości.

Mogę śmiało powiedzieć – Jezu, ufam Tobie!  - pomimo iż jakiś jestem niewierzący.

- Jezu, przymnóż mi wiary! Jezu, oddaję Ci mój rozum i wolę, moje myśli i pragnienia – prowadź mnie nawet jeśli błąkam się pośród burz tego życia.

Nie wiem czy jestem wierzący, czy niewierzący, ale kocham Cię, Jezu, bo nikogo poza Tobą już nie mam. I gdy będę na łożu śmierci jak kiedyś sparaliżowany na łóżku podczas powyższego doświadczenia wiem, że tylko Ty mi pozostaniesz.

Jezu, przyjmij mnie takiego jakim jestem. Wszystko moje należy do Ciebie. Zrób ze mnie co tylko chcesz nawet gdybym do końca mojego życia miotał się pośród tej nocy ciemnej i po opłotkach czy też po skrawkach śladów szukał Ciebie.

Mam tylko jedno życie i Tobie oddaję, mój Jezu.

Od tej pory czyń ze mną co tylko zechcesz. Kocham Cię w każdej sytuacji, także pośród mroków i niewiary, czy jakby to nie nazwać.

A jeśli nie jesteś Bogiem i nic nie ma po śmierci - to też Cię kocham, mój Jezu i będę podążać Twoją drogą.

Jeśli kocham moją żonę, moje dziecko to także pozwól, abym tak samo kochał Ciebie, bo może istotą istnienia jest miłość, chociaż bez Ciebie jako Żywego Boga byłaby jak ziemia bez wody i nic na niej nie wyrosłoby, a tymczasem rośnie.

 

13.04.2014 r.

Na czym polega życie?

 

Tak naprawdę to nie wiem. Jakoś mało dowierzam, że moje tak marne życie może być na chwałę Boga albo że Bogu czegokolwiek dodaje. Wydaje mi się, że życie i jego przebieg jest dość losowy i rządzi nim raczej przypadek, zaś jego siłą są prawa dżungli np.

1. rodzimy i dorastamy - pragniemy wiedzy, rozwijamy się, chcemy być dojrzali, chcemy w końcu skończyć 18 lat, aby samemu decydować itd.

2. wydaje się też, że podstawowym zadaniem życie jest przekazywanie życia i to zupełnie w sposób losowy i przypadkowy. Rodzimy się z silną potrzebą seksualności - mężczyźni niemal całe życie rozglądają się za partnerkami, z którymi odbyliby stosunek płciowy, zaś kobiety - przeważnie - aby ustabilizować się i wychować to, co się zrodzi. To myślenie takie na skróty, ale pokazuje kierunek życia.

3. w międzyczasie walczymy o swoją pozycję w społeczeństwie czyli ile będziemy mieli pieniędzy na życie, a jak dużo to pozwalamy sobie na hulanki i swawole. Nasz prestiż rośnie w swoich oczach, ale także i wobec innych - mamy super dom, mieszkanie, drogie ciuchy, super samochody, a i dalekie wycieczki dojdą do tego.

Zdobywanie pieniędzy to istne prawa dżungli, gdyż nie tylko rozwijamy firmy, ale także ciągle obawiamy się, że konkurencja podbierze nam klientów i stracimy wpływy pieniężne, a wówczas spadnie nasz status.

To prawo dżungli musi istnieć, ta konkurencyjność i ciągła obawa o stratę, gdyż jak tylko nie mamy konkurencji to zaczynamy mało troszczyć się o nasze produkty, a klientów traktować mało miło. Dlatego firmy bez konkurencji są raczej byle jakie.

Nawet jeśli rozważymy firmę religijną - jeśli wkroczy do niej konkurencja od razu pokaże pazurki, nawet gdyby w tej konkurencji pracowali np. upośledzeni ludzie, którzy potrzebowaliby pracy i pieniędzy na życie, bardziej niż ta firma religijna.

Wydaje się, że praca w firmach i prowadzenie firm to jakby gra, aczkolwiek mocno decydująca o naszym życiu, o naszym statusie i kondycji oraz o sile naszego organizmu. Wygrywa najsilniejszy, ale niekoniecznie siłą fizyczną, gdyż liczy się szczęście i inteligencja.

4. Zatem rodzimy się i rozwijamy, uprawiamy seks - niekoniecznie wiążę się to z rozrodczością, ale i tak w tak dużym nasileniu coś się wymknie i powstaną nowe organizmy - nastąpi przedłużenie życia i gatunku. W międzyczasie poprzez pracę zapewnimy bezpieczeństwo sobie i nowemu życiu. No i następuje starość a wraz z nią - nasza śmierć.

5. Wg mnie i wg tego jak to widzę - celem życia jest tylko przekazywanie życia dalej. Jesteśmy do tego zmuszeni poprzez różne popędy. I nie jest ważne, że domy publiczne wypełnione są spragnionymi seksu mężczyznami - wystarczy, że ustąpiłby ów popęd i przestaliby tam chodzić.  To nie jest tak, że sami sobą sterujemy - działamy wg tego, co jest nam wszczepione lub rozwinięte. Pomimo różnych nadużyć życie i tak sobie radzi, gdyż jest przekazywane z pokolenia na pokolenie.

6. A w międzyczasie warto łapać radosne chwile.

7. Po prostu rodzisz się i uczysz, aby zrodzić nowe życie i poprzez pracę zapewnić mu rozwój, bezpieczeństwo, a jak już to zrobisz - umierasz i pałeczka przechodzi na nowe życie, które zrodziliśmy.

8. Miłość? - oczywiście, całemu temu procesowi towarzyszy.

9. Bóg? - idę zaraz do kościoła, ale nie wiem czy istnieje. Idę, aby nie powiedzieć sobie, że wątpię w Jego istnienie dlatego, że do kościoła nie chodzę.

Nie wiem, naprawdę nie wiem co o tym wszystkim sądzić. Mamy różne potrzeby, rozwijamy się w różnych kierunkach. Próbujemy przeciwstawić się temu, co w nas wszczepiono.

A może Bóg istnieje? - genetyka odsłoniła nam cały wszechświat mikrokosmosu. Czy to samo mogło powstać?

Nie wiem. Prawdy raczej tu na ziemi nie poznam.

Będę kochał i żył wg tego, do czego zostałem zdeterminowany przez moje życie.  Będę tylko uważał, aby ktoś, kto chyba też winien mnie kochać - jutro nie podebrał mi pracy u klienta, aby nagle ja i moja rodzina nie straciła środków na życie. Miłość? - konkurencja nie będzie rozważać mnie w sferze miłości, po prostu przekupią klienta i mnie wyrzuci z pracy.

Pójdę do księdza do mojej parafii po pomoc? - ma tak wielu wiernych, że nawet na mnie nie zwróci uwagi.

Zatem jestem sam? - chyba to najważniejsza prawda. Ja się nie wezmę do roboty to pomimo miłości - bez zastanowienia i dla pieniędzy zdmuchną mnie z pracy. Iluż to kolegów koledzy nie sprzedali jeśli mogli po nich przejąć majątki czy pieniądze.

Dlatego do końca nie wiem na czym polega świat i życia. Pozostaje mi tylko żyć wierząc w miłość i samemu ją czynić, bo jeśli Bóg istnieje i życie po śmierci to tylko miłość będzie się liczyć. 

 

13.04.2014 r.

Wszędzie i ciągle jesteśmy ogłupiani i poddawani "praniu mózgu"

Nawet to samo wydarzenie jest różnie prezentowane przez różne stacje telewizyjne. Mówią nam i podświadomie nastawiają do różnych działań zwłaszcza dobrze to widać na przykładzie polityki - jednych kochamy, a drugim nawet nie znając - niemal nienawidzimy. Wystarczy, że media wyśmieją jakąś osobę, pokażą ją w brzydkim położeniu a już jakoś zaczynamy nie lubić danej osoby.

Albo - pomimo iż niektórzy łamią zasady, zachowują się niemoralnie - i tak ich kochamy.

Jesteśmy łasi na obietnice, na chwilę nadziei, jakie nam dają.

Nie tak dawno widziałem w telewizji reklamę funduszu ubezpieczeniowego, który wykorzystywał do swojej promocji nawet pamięć o swoim zmarłym mężu. Nie ma granic, aby zdobyć pieniądze. W polityce, w biznesie - będą nas  mamić, ale to dlatego, że chcemy być mamieni.

 

13.04.2014

To chore ambicje, naiwność czy zachłanność, a nie kara Boża.

1. Współczuję ludziom, którzy pobrali kredyty i nie dają rady ich spłacać, ale wielu z ich nie musiało brać - mogli wynająć mieszkanie, jeszcze jakiś czas mieszkać z rodziną lub kupić np. 27 m a nie 60 czy 70 m.

Ale jak żyć w tak małym? - znam rodzinę, która bała się ryzykować i na 17 m mieszka z dwójką dzieci. Coś za coś. Ryzykować można, ale trzeba liczyć się z konsekwencjami. Każdy chce mieć super samochód, super dom - najlepiej w centrum, super ciuchy, super wycieczki itd. - to wszystko jest dobre, ale jeśli przyszłość buduje się na ryzyku to trzeba liczyć się z konsekwencjami. Dotyczy to też ludzi, którzy kupowali mieszkania po ok. 10 tys. metr, a które dziś kosztują ok. 7 tys., bo jak ostatnio czytałem - od 2008 r. mieszkania potaniały o ok. 40%, a kredyt przecież trzeba zwracać po cenie 10 tys. za metr, a nie 7 tys.

Sami ponakręcaliśmy się i sami ponakręcaliśmy te ceny, bo zamiast iść za stadem - podejmowaliśmy ryzykowne decyzje.

Niektórzy też mówią, że lepiej płacić kredyt za swoje niż wynajmować.  W porządku, ale jeśli jest to malutki metraż - spłacić jeden kredy i wziąć drugi na większe mieszkanie. Kilka dni temu czytałem także, że w Polsce ok. 80% ludzi ma na własność swoje mieszkania czy domy, zaś w Niemczech jest to poniżej 50%. Czy zatem Polacy są bogatsi od Niemców? Jak pokazywały te badania - Niemcy nie zamierzają pół życia spłacać za mieszkanie własnościowe i dzięki temu mają pieniądze na życie na wyższym poziomie, a Polacy biorą kredyty na 30 czy 40 lat i przeważnie już później są załatwieni do końca życia. Bo przecież biorąc mieszkanie też mają gest - nie wezmą skromnego.

 

Wysokie ceny mieszkań są na rękę dla wszystkich - właścicieli ziemskich, deweloperów, sprzedawców i banków - potrzebują niewolników do końca życia.
Po kilkudziesięciu latach mieszkanie będzie nadawać się do rozbiórki, bo przecież nie jest wieczne.

Nie jesteśmy nauczeni skromnie żyć. Prześcigamy się tym, co mamy ale tak naprawdę mało mamy, gdyż mieszkanie do ostatniej raty np. za 40 lat pozostanie tak naprawdę własnością banku. W ciągu zaś tych 40 lat spłaty kredytu bardzo wiele może się zdarzyć.

Zaś na około za opłacone artykuły wdrażają nam do mózgu, że ceny zaraz wzrosną, że trzeba kupić, że nie będzie taniej - zresztą jak to robili w 2008 r. a średnio potaniało o 40% do dziś.

Czy to nie jest prawo dżungli?

Wydaje nam się, że sami zadecydowaliśmy, że robimy dobrze - nie, to tylko nam się tak wydaje. Wpompowano olbrzymie środki w to, abyśmy tak myśleli i prawda jest tylko jedna - wszyscy kłamią poza tymi, którzy te informacje nam wmawiają.

 

Aby być wolnym trzeba wydostać się z tej pajęczyny manipulacji - czytać czy oglądać informacje tylko z wiarygodnych i pozbawionych manipulacji przekazów, które jednak nie są publicznie dostępne ani popularne.

Niestety, jak gdzieś indziej kiedyś czytałem - tylko ok. 0,5% społeczeństwa jest świadomymi otaczającego świata i rzeczywistości. Inni są podatni na manipulacje. A Ty do której grupy należysz?

Czasami może warto wyłączyć wszelkie dziennik informacyjne z telewizji, radia czy Internetu, aby nabrać do tego dystansu.

Znam 62-letnich emerytów, którzy po obudzeniu się wypiją kawę i po kolei młócą serwisy informacyjne - stacja po stacji. Naprawdę trzeba mieć zdrowie. Skutki tego są opłakane - jednych kochają, innych nienawidzą nawet ich nie znając.

 

Jesteśmy manipulowani i nawet o tym nie zdajemy sobie sprawy, bo chcemy tego. Żyjemy bajkami i chcemy te bajki przenieść do naszego życia - i się udaje, aż nagle przebudzamy się z przerażeniem, że staliśmy się niewolnikami.

Nie z Kopciuszka w piękną księżniczkę, ale z księżniczki w Kopciuszka.

 

Współpracowałem z firmą windykacyjną i dopiero otworzyły mi się oczy jakimi sumami ludzie obracają i jak olbrzymich długo narobili nie mogąc ich spłacić. Komornicy odbierają im domy, mieszkania czy inne nieruchomości. Wielu ucieka przed dochodzeniem wierzycieli.

Słyszę czasami, że biznes do ryzyko. To prawda, ale jeśli możliwa jest katastrowa to nie powinno ponosić się ryzyka chyba że w nadzwyczajnych sytuacjach.

Wiele firm dostaje ogromne kredyty, a potem jeden nieudany transfer i katastrofa. Wielu ludzi jest zbyt zachłannych, bo posiadanie pieniędzy do super sprawa - daje się też pracę dla innych, ale ryzyko poganiane przez zachłanność odbiera rozum.

To nie Bóg nas karze, ale czasami nasza głupota nas karze, nasza zachłanność, chora ambicja itd.

Podejmując jakiekolwiek ryzyko trzeba mieć plan wyjścia z każdej sytuacji i trzeba rozważyć dokładnie każdą sytuację np. tracę pracę, zostaję okradziony, umiera współmałżonek, który zarabia najwięcej, popadam w chorobę, zaczynam zarabiać mniej itd

 

Iluż to ludzi zaciąga kredyt na święta, bo rodzina się zjeżdża a potem przez cały rok muszą zbierać i oddawać ze swojej emeryturki. A może warto powiedzieć rodzinie, aby przywiozła ze sobą jedzenie, bo matka czy ojciec są zbyt biedni - oni z pewnością zarabiają dużo więcej, są czynni zawodowo. Trzeba być asertywnym - to nie brak miłości, ale troska o zdrowie psychiczne rodziny.

 

Inna sprawa - kraj nas też nie zabezpiecza przed pułapkami.

Myślę też, że ludzie religijni rzadziej wpadają w takie pułapki - są bardziej wyczuleni, mniej zachłanni. To prawda - mniej też mają, ale chyba ich życie jest bardziej radosne i spokojne.
Coś za coś.
Ty rób jak chcesz.




13.04.2014 r.
I tak końcem wszystkiego jest śmierć. Pewnie za 80 lat Cię już tu nie będzie.

2 warszawskich milionerów pomimo umowy z nimi nie wypłacili mi po ok. 5,5 tys. zł. Było mi przykro, ale jakoś jestem szczęśliwy i bez tych pieniędzy.
Oni z pewnością nie zauważyliby tego braku, ale zrobili tak, bo byli górą nade mną.

Ile pozostało Ci jeszcze życia?
- max 50 lat? max 30 lat? a może 10 lat? a może jeszcze tej nocy umrzesz.

Iluż to ludzi, nawet młodych - wyjechało w drogę i zginęło. Było to ostatnie ich wyjście z domu.  W 2013 r. w Polsce zginęło prawie 3 300 osób. To mało czy dużo? - To wielkość gminy. A w ostatnich 10 latach zginęło ich ok. 33 tys. na drogach. Tylu ludzi wyjechało i nie wróciło.

Nie chcę Cię straszyć, ale może warto na chwilę zatrzymać się i pomyśleć o życiu. Może na chwilę zatrzymać się i popatrzeć na swoją żonę, męża, dziecko, może jeszcze spełnić jakieś dobro.

Całe życie za czymś gonimy a jak chcemy w końcu na chwilę zatrzymać się to okazuje się, że już jesteśmy na emeryturze albo co gorsze - odchodzimy z tego świata.

Boże, naucz mnie kochać czas i ludzi, których spotykam w tym czasie.

Już będziesz ani młodszy, ani zdrowszy - może na chwilę. Podobno od 25 roku starzejmy się a to znaczy, że winniśmy wydać potomstwo lub lada dzień wydamy i czas na odejście, ale gdzie? - no właśnie.
Dlatego trzeba łapać życie i cieszyć się nim, a także jak najwięcej czynić dobra i miłości.

Nie ma co walczyć o pierdoły - jest mało czasu na miłość, zbyt mało.
Za 100 lat w tym miejscu, gdzie jesteśmy nawet nikt nie wspomni o nas.

Nigdy nie jest za późno, aby kochać, nawet jeśli zdradziło się współmałżonka lub narobiło dużo zła. Zawsze jest odpowiedni czas, aby zadośćuczynić miłością i pomimo iż może raczej już nie da się wrócić do dawnego związku czy bycia razem.

Piszę o tym, gdyż najbardziej boli zło wyrządzone współmałżonkowi, któremu przecież ślubowało się miłość, wierność i aż do śmierci.

I to nie ważne, że on zgłupiał albo stał się trudny w obcowaniu - to jemu oddaliśmy miłość i jemu ślubowaliśmy.

Zdrada jest okropna, ale brak miłości i troski o współmałżonka, którego się zostawiło - prowadzi do śmierci duchowej.

Jeśli piekło istnieje, a może istnieć to zapewne spotka się tam wielu kapłanów, którzy widząc zło w Kościele nie przeciwstawiają się jemu i milczą czy też zaniedbują troskę o powierzonych sobie wiernych, ale i spotka się tam wielu małżonków, którzy przestali kochać i troszczyć się o osobę, której ślubowali miłość.

Czasu się nie wrócić, obecnych związków może też nie powinno się przerywać i wracać do poprzednich zwłaszcza jeśli są dzieci, ale kochać można i troszczyć się, a zwłaszcza kiedy opuszczony współmałżonek przeżywa trudności. Czasami bywa, że tacy ludzie nie mogą dojść do siebie przez całe życie.

Dlatego namawiam Wszystkich - póki żyjemy cieszmy się każdą chwilą i czyńmy miłość, a zło wynagradzajmy aż do końca naszych dni miłością.

To kiedy umrzesz?
Ile czasu pozostało Ci na miłość?



13.04.2014 r.
Już jesteśmy martwi!

To nie jest pesymistyczne, ale taka jest prawda. Potencjalnie już jesteśmy martwi. Dla ludzi, którzy będą za 100 lat już jesteśmy martwi.
To tylko kwestia czasu.
Koniec, jesteśmy ale nas już nie ma. Jeszcze chwila, kilka lub kilkadziesiąt wiosen.

I po co tak zasuwać od rana do wieczora dla urojonych planów?!
- już jesteśmy martwi, to tylko kwestia czasu, bardzo krótkiego czasu.
Nie zwariowałem - wkrótce umrzemy. Nie będzie nas. Nikt o nas nie będzie pamiętał. W obecnej pracy nawet nikt nie wspomni, może ktoś mimochodem - e, szkoda robić sobie nadzieję.
Więc może Bóg istnieje?
Może.
Jest wielce prawdopodobne, a dla mnie bardziej prawdopodobne niż, że nie istnieje.

A skoro już potencjalnie jestem zmarły i zapomniany to jutro idę do pracy jako potencjalnie zmarły - nic mnie nie ruszy, żaden stres, po prostu wykonam jak najlepiej to, co mam do wykonania i do czego zobowiązałem sie w umowie.

Każdy kolejny dzień dla mnie potencjalnie zmarłego będzie jak dar z nieba.



14.04.2014
Czy mogli nas oszukać?

Przed chwilą wróciłem z pracy i obejrzałem na Polsacie końcówkę Pasji Mela Gibsona.
I tak sobie myślę, że jestem bardzo naiwnym i głupim człowiekiem, który dał sobie wmówić wątpliwości co do Jezusa.

Rozważmy:
1. Jezus był dobrym człowiekiem i ze względu na swoje dobro i miłość pociągał za sobą tłumy, do tego stopnia, że ludzie porzucali swoje dobytki o szli za Nim.
2. Rzeczywiście został okrutnie biczowany i poniósł śmierć męczeńską.
3. Pierwsi chrześcijanie i Apostołowie rzeczywiście wyznawali, że Jezus z grobu zmartwychwstał to znaczy fizycznie, realnie mocą Bożą wyszedł z grobu i żyje.
4. Potem w trudzie i prześladowaniach, dobrze czyniąc głosili tę naukę przez dalsze lata swojego życia i za wyznawanie Jezusa oddali swoje życie.

To wiedziałem zawsze, ale dziś jakoś świeżo na to spojrzałem jakby spadła ze mnie jakaś kurtyna.

Ja, pomimo iż jestem tak słabym człowiekiem, nikogo nie oszukałbym, zwłaszcza w tak ważnych i decydujących sprawach i nie równać mnie z nimi, dlatego bardziej wierzę im, że przekazali nam rzeczywiście to, czego sami doświadczyli i co realnie miało miejsce niż tym, którzy mówią, że mogli nas oszukać.

Dlaczego miałbym bardziej wierzyć sobie słabemu człowiekowi czy innym łatwo rzucającym oskarżenia ludziom niż tym, którzy w najwyższej cnocie przeżyli swoje życie dając świadectwo całym swoim życiem?

Nie, tego nie da się zrozumieć. To trzeba poczuć. To tak jak można przez całe swoje życie oskarżać matkę za coś wyimaginowanego, a potem nagle przychodzi otrzeźwienie, że przecież to matka, która mnie kocha i po co wyszukiwać sztuczne problemy?

Jezu, ja nadal nie rozumiem tego świata i niczego w nim, ale wierzę w Ciebie, że jesteś Bogiem i że kochasz mnie!




W Kościele Katolickim mówi się, że źródłem wiary jest Pismo Święte i Tradycja, i te źródła wzajemnie przenikają się czyli
a) z jednej strony słowo pisane chociaż wcześniej przekazywane ustnie
b) i sposób praktykowania, sposób życia czyli Tradycja.

Tradycja pokazuje nam jak dane słowo było rozumiane w tamtym czasie i chroni nas przed dowolnym interpretowaniem słów, bo przecież to, co było w zwyczaju 2 tys. lat temu dziś może mieć już zupełnie inne znaczenie.

Dlatego też nie pozwalamy sobie na dowolną interpretację Pisma Świętego, ale sięgamy do interpretacji świętych ludzi gmin chrześcijańskich z II czy z III wieku i analizujemy jak oni to rozumieli, co uważali, jak żyli, bo jeśli coś wyznawali to wg tego też postępowali.

Zobaczcie tylko jaka mądrość jest w Kościele i ona od samego początku była tak rozważana.



My w czasach powszechnej wolności jesteśmy skłonni zarzucać Kościołowi dlaczego wiele spraw nam narzuca czy wręcz zastrzega sobie prawo do interpretacji.
Buntujemy się dlatego, że nie znamy szczegółów.

To nie jest tak, że zbierają się biskupi czy księża i obmyślają jak to nas wprowadzić w błąd.

To prawda, zbierają się księżą, biskupi, ludzie świeccy i rozważają wszystko, co było od początku - zawarte w Piśmie Świętym, Tradycji, naukach poprzedników od 2 tys. lat i w świetle tych doświadczeń starają się odczytać to, co jest na dziś, aby w myśl tej muzyki iść dalej.

Kościół można porównać do wielkiego i długiego utworu muzycznego, który wykonywany jest na przestrzeni wieków przez wielką orkiestrę.
To nie jest tak, że każdy muzyk może grać sobie to, co chce, a nawet grupa muzyków nie może grać sobie tego, co chce, gdyż inaczej inni wykryją fałsz. Także w Kościele wykrywany jest fałsz jeśli się wydarzy, ale wykrywany jest ten fałsz właśnie na podstawie tego ogromnego doświadczenia Kościoła.

Jak widzimy w historii - orkiestra gra od 2 tys. lat, czasami zdarza się fałsz, ale za chwilę jakaś część orkiestry przejmuję pałeczkę i muzyka nabiera już swojego nurtu.

Swego czasu lubowałem się w oglądaniu serialu Rodzina Borgiów, która to rodzina na czele ze swoim papieżem dopuszczała się morderstw i wyuzdania, ale czy ten fałsz trwał zawsze? Z czasem niektóre osoby z tej rodziny opamiętały się - szukałem w historii informacji o nich, intrygowali mnie.



Jeśli takie osoby, które kochają i oddają życie z miłości, obiecują wieczne szczęście po śmierci - w dzisiejszym świecie są wyśmiewane to może rzeczywiście szatan działa?

Co może powiedzieć człowiek i co zbadać, który pożyje najwyżej 100 lat? Czy to nie jest brak pokory? Czy to nie jest pycha?


Jezu, przyjmuję Ciebie i przyjmuję Twoje zbawienie.



14.04.2014
Nie mogłem patrzeć na obrazki Jana Pawła II,
odrzucały mnie!



Pamiętam jak w latach, gdy tak mocno krytykowałem Kościół i odrzucałem Jezusa, wyśmiewałem Go - nie mogłem patrzeć na obrazki przedstawiające Jana Pawła II.
To było bardzo dziwne i jeszcze dziś dziwię się, czasami mówię komuś o tym.

Mam wrażenie, że jeśli człowiek jest pod wpływem działania złego to nienawidzi, ma obrzydzenie, wyśmiewa, kpi z ludzi świętych.

Miałem wrażenie, że aż wykręcało mi głowę jak widziałem ów obrazek.
Coś dziwnego, jakaś dziwna odraza do tego człowieka.

Tak, po tej sławnej spowiedzi, do której poszedłem mimo braku wiary - wszystko opadło ze mnie. Dziś modlę się do Jana Pawła II i proszę go o wstawiennictwo u Boga.


Mówi się, że jak chce się komuś przyłożyć to kij się zawsze znajdzie. Ludzie, którzy czegoś nie chcą zawsze znajdą jakiś powód, a jak czegoś się nie chce to nawet jakieś słowo się znajdzie i wykpi.

Trzeba jednak pamiętać: nie będziesz żył 100 lat. Niedługo umrzesz! Twoje dni są policzone. Dla ludzi, którzy będą żyć za 100 lat już jesteś martwy.

Przemyj twarz i zacznij żyć w miłości. Czasu nie masz za dużo. Tylko miłość zabierzesz ze sobą, a to że w coś nie wierzysz to już inna sprawa.
Na szczęście rzeczywistość nie jest uzależniona od naszej wiary.
Jak chcesz możesz nie wierzyć w to, że jesteśmy na 10-tym piętrze w wieżowcu.
Chcesz sprawdzić? - skocz z okna.

Odrzucając obietnice wiecznego życia dane przez Jezusa to jak skok z okna z 10-tego piętra wieżowca.

Można zaryzykować i sprawdzić - skoczyć, ale nie lepiej posłuchać osobę, która nas kocha i dobrze radzi?
i dobrze nam życzy?

Co ma jeszcze zrobić? - tu przecież chodzi o Ciebie!
 

15.04.2014
Bóg, który cierpi musi mnie wzruszyć!


15.04.2014
Czuję się tu jak w celi eremickiej
- białe ściany i czarny druk.



15.04.2014 r.
Nie wiem jaka jest wola Boża, nie wiem czym jest powołanie, nie wiem co Bóg do mnie mówi i czy w ogóle mówi. Bardzo mało wiem o ile cokolwiek pewnego wiem.
Nie wiem czy wierzę, ale wiem że ufam Jezusowi. Tak, zaufanie to jest to, co wyraziłoby mój stan ducha.
Spokojnie wszystkie słowa "wiara" zamieniłbym na "zaufanie". Czy te 2 słowa są równoważne?
Ufam, że jest Bóg Ojciec Wszechmogący Stworzyciel nieba i ziemi. Ufam, że Jezus jest Jego Synem, którego posłał do nas na ziemię...
Być może nie rozumiem słowa "wierzyć", ale "ufam" oddaje mój stan ducha.

15.04.2014
Po ok. 15 latach zacząłem się modlić na różańcu - tak od 3 dni. Położyłem go na ławie w pokoju i przed snem biorę go do ręki. Ten, który ok. 20 lat temu dostałem od grupy dobrych znajomych. Jakąż on drogę musiał pokonać, aby dziś znaleźć się w moich rękach - nie ma się czym chwalić, ale wyjąłem go z koszyka na różne drobne rzeczy, który stał w kuchni.

15.04.2014
Niemal przez całe wcześniejsze życie wydawało mi się, że Bóg powołuje mnie do jakichś wzniosłych rzeczy. Reformowałem innych, księży, Kościół, ale i sobie nie popuszczałem - to muszę rzetelnie przyznać. Chyba jestem dobrym człowiekiem i chyba mógłbym w każdej chwili spokojnie odejść z tego świata chociaż mam 44 lata. Wydaje się, że jestem gotowy.
Dziś już nie wydaje mi się, że Bóg powołuje mnie do jakichś wzniosłych rzeczy i nie czuję powołania, aby reformować innych, księży, Kościół, ale z obowiązku reformowanie siebie nie zwolniłem się.
Nie czuję na sobie rozczarowania czy zniechęcenia, ale jakiś taki wielki dystans a może niemoc i brak wiedzy jak rzeczywiście powinno być.

Nie jest to najlepszy stan, bo w miłości nie powinno być dystansu czy niemocy np. jeśli źle dzieje się w Kościele to trzeba mieć moc. Z drugiej strony ... nie wiem.
A może to starość?

Kiedy tak patrzę jak układy rządzą czy to polityce, czy w kościele - to odechciewa mi się walczyć.
Całe życie rodzice powtarzali mi - Andrzej, po co robisz to i to, przecież inni tego nie robią.

Często widziałem inaczej - może to nerwica?

Jako uczeń klasy maturalnej zamiast jak inni - uczyć się i biegać z dziewczynami - to w Łukowie przez całą sobotę i niedzielę prowadziłem przy kościele Oratorium dla ok. 100 dzieci. Nawet do rodzinnego domu oddalonego 20 km nie miałem kiedy pojechać.
To wyraz głupoty, a nie poświęcenia, a może to chęć zabłyszczenia na tle otoczenia tym, co się posiadało. Nie wiem, niemniej było to kosztowne.

no i z czasem Towarzystwo Radości dla młodzieży. Czy to miało sens? - nie wiem czy nie jestem zbyt uparty, ale uważam że jednak miało.
Czasami pewien członek tego Towarzystwa - Rafał, mieszka w Warszawie, z ironią wspomina te chwile jak chodzili z Towarzystwa do chorych do szpitala, do bezdomnych, zbierali na paczki dla ubogich i roznosili do mieszkań, śpiewali piosenki religijne na ulicach miast. I pyta po co to wszystko?
Ostatnio odpowiedziałem mu, że przynajmniej przyszłą żonę poznałeś w Towarzystwie.

Życie ma wiele barw, ale trzeba wierzyć w miłość. Czasami też nie doceniamy tej miłości i nie widzimy skutków, ale to dzięki niej jesteśmy tym, kim dziś jesteśmy.


16.04.2014
Wkładam moje ręce w ręce Boga i mówię Mu: Ufam Ci, Boże chociaż nie czuję Twoich rąk.
Może moje ręce są zbyt zziębnięte, abym poczuł ciepło rąk Twoich?
Nie wiem, ale pomimo to nie czuję Twoich rąk, a chcę poczuć tak, jak potrafię.

Więc może, Ty, Boże, zrób krok w moją stronę! może tym razem Ty zrób krok w stronę mnie i może chociaż na chwilę daj mi się chociaż przelotnie zetknąć z Twoją świętością!
Może miałbyś chociaż trochę litości dla mnie kiedy męczę się i zwijam jak robak. Nie proszę o dużo, ale o trochę, o źdźbło - sam odmierz.


16.04.2014
Boże, musisz być bardziej rozmowny!
Jak debil mówię sam do siebie i to ma być rozmowa z Tobą?!
Mam słuchać siebie i to mam nazwać słuchaniem Ciebie?!
Mam słuchać innych i to mam nazwać słuchaniem Twojej woli?
Nic nie ma pewnego, za zaufanie Tobie bazuję tylko na miłości.
Po co dałeś mi rozum jeśli chcesz, abym pozbawiony był wąpliwości?
Jak mam wybierać Ciebie skoro nie wiem nawet czy istniejesz?!!!!!!
Tu nie ma żadnego wyboru. Ja tu nie będę nic wybierał - nie ma z czego wybierać, nie ma nic do rozważenia! - z pustki mam wybierać?!

Jedna jedyna droga pośród tych mroków to zaufać miłości czyli Jezusowi i Jego uczniom oraz ich następcom. Zaryzykuję, a właściwie nie mam innego wyjścia.
Zawsze komuś się ufa - nawet tym, którzy odstraszają od Jezusa.
Ja zaufam Jezusowi! - świadomie wybieram i niech się dzieje co ma się dziać.



17.04.2014
Wczoraj żona przyłapała mnie jak rozmawiam z telewizorem - aż ze zdziwienia obudziła się.
Bo jak nie zdenerwować się kiedy ciągle słyszę w reklamach:
- musisz to mieć...
- jesteś tego wart...
- zasługujesz na to...
- najlepiej zrobisz jak...

Wkurza mnie, że jakiś facet czy kobieta wezmą pieniądze i coś mi wmawiają.
Ja naprawdę wcale nie muszę tego mieć a nawet lepiej, abym nie miał.
Naprawdę jestem więcej wart niż to badziewie i na więcej zasługuję niż jakieś odpadki z Zachodu czy też z Chin, których dam nie mogli sprzedać czy też im zbyło.
Już mam dość rad, które mi dawali kiedyś.

Zobaczcie, tak naprawdę wszystko toczy się wokół pieniądza, nawet w kościele i poprawne jest powiedzenie, że bez pieniędzy nawet ksiądz się nie pomodli.
Chodzę w niedzielę do innej parafii - nie mojej i  zastanawiam się czy dawać na tacę skoro ksiądz podaje intencję, że msza św. jest za parafian - a za Mnie? - a jeśli nie za mnie to po co mam dawać na tacę? - w sumie to i po co mam chodzić! no, ale w tym kościele jakoś lepiej się czuję, księża są bardziej douczeni i nie mówią głupot z ambony - więc muszę się przyłączyć i dawać.

Ale do rzeczy - tak naprawdę to nie ma do kogo pójść, kto bezinteresownie by nas przyjął, nawet ksiądz (może ktoś się gdzieś zdarzy).
Dlatego trzeba szanować swoją rodzinę taką, jaka jest - nie ma co wybrzydzać i narzekać. Więcej czasu poświęcać dla dzieci, dla rodzeństwa, bo tak naprawdę jeśli na tym świecie jeszcze komuś na nas zależy to właśni im.

Dlatego nie wierzę raczej nikomu, kogo widzę w telewizorze czy też słucham. Oni mnie kochają jak ich oglądam, a jak ich oglądam to im się kasa rodzi, a tak naprawdę gdyby spotkali mnie na ulicy to nawet nie chcieliby rozmawiać. Więc jest to jakieś fałszywe, a człowiek ma poczucie, że jest w jakiejś wspólnocie.

Mam teściów przy Toruniu to śmieją się, że nawet do Radia Maryja w Toruniu wpuszczają tylko jak się ma większą ofiarę. Nie wiem na ile to prawda, ale tak mówią.

Niby człowieka biednego podobno Bóg kocha, ale na ziemi ma przechlapane.

Zakonnicy też składają ślub ubóstwa, gdyż chcą być jak Jezus, ale razem mają więcej niż niejeden bogacz. Czy to nie jest jakiś fałsz? - a zresztą, co mnie to obchodzi.


17.04.2014
Jakiś czas temu oglądaliśmy z żoną film na Canal + - chyba Jasminum z Janem Gajosem, który grał zakonnika.
Pewnego razu szedł korytarzem wraz z małą dziewczyną, która idąc skakała.
- No i po co tak skaczesz? - zapytał trochę znużony zakonnił.
- Aby skakać - usłyszał odpowiedź od dziewczynnki.

Tak sobie wówczas pomyślałem, że jeśli Bóg nie objawia się nam w tak oczywisty sposób to może życie polega na tym, aby żyć, a my doszukujemy się nie wiem jakich sensów.
Po prostu trzeba żyć pełnią życia i cieszyć się każdą chwilą.

Może nie ma odpowiedzi takich jakich szukamy więc po co się zamartwiać?

Wiem, wiem, zaraz ktoś mnie skrytykuje, że sensem życia jest wielbienie Boga.
- Nie przeczę, ale tego nie wiem i nie czuję, ale być może.

Niemniej będę wielbił Boga każdym moim tchnieniem - nie dlatego, że wiem, że jest - bo nie wiem, ale dlatego, że chciałbym, aby był i aby był moim Bogiem.

Mogę się mylić, ale wolę już mylić się stawiając na Jezusa, który rzeczywiście kochał ludzi niż wierzyć tym z telewizora, którzy za pieniądze próbują mi wmówić, że czegoś potrzebuję i nie będę szczęśliwy jeśli nie kupię sobie tego i tego. Kiedyś kupiłem i nie byłem szczęśliwy - znów potrzebowałem czegoś innego i tak bez końca.
To daje tylko chwilową rozkosz, ale nie szczęście i nie ma nic wspólnego ze szczęściem.


17.04.2014
Dziś przypomniałem sobie jak kilkanaście lat temu kiedy działałem przy parafii  - brałem klucze od kościlła czy kaplicy, zamykałem się i mnóstwo czasu spędzałem przytulony czołem do tabernakulum.
Chyba tęsknię za tym.
Czułem się jakbym głowę położyć na dłoniach Jezusa.

Tak się czuję dziś rozbity w wierze, że chyba z tej niemocy chciałbym całymi godzinami rzucić się w otchłań tabernakulum i chyba tam już pozostać.



18.04.2014
Dziś nie mam nic do powiedzenia. Nie będę się dalej wymądrzał.
Czy to ma jakikolwiek sens?

Życzę Ci szczęścia! Dużo szczęścia i radości na każdy dzień!
Będę się za Ciebie modlił - tak, za Ciebie :)